Skazani na fast food

177
Rate this post

Staram się żyć zdrowo. Nie jestem jakimś tam wielkim fanatykiem, który wylicza wszystko co do kalorii, odmierza porcje na wadze kuchennej i z zegarkiem w ręku zjada posiłki o określonych wartościach odżywczych, nigdy nie pozwalając sobie na popijanie czymś więcej niż woda. 5 posiłków dziennie, w miarę zbilansowanych – tyle wystarcza.
Jak każdy miewam chwile słabości, sięgnięcia po jakieś ciastko czy wypicia drinka. Lub kilku. Zależy od sytuacji.
Wciąż uważam, że lepsze jest to, co zjada zielone i biega po polach, niż samo zielone, bo rośliny już zupełnie nie mają szans się przeciwstawić naszej woli ich skonsumowania. Zwierzęta przynajmniej przez chwilę mają szansę na ucieczkę.

Lubię jeść. Serio, bardzo lubię jeść.

Ćwiczę kilka razy w tygodniu, choć zdarzają mi się przerwy. Aczkolwiek nigdy nie są dłuższe niż tydzień i są spowodowane raczej chorobą lub kontuzją, a nie moją niechęcią.

Tak, ćwiczyć też lubię.

Dzięki temu od czasów gimnazjum nie osiągnąłem poziomu, kiedy powiedziałbym o sobie, że jestem gruby – a musicie wiedzieć, że wtedy był taki czas i oprócz tego, że miałem całkiem niemały bagaż kilogramów, to w ślad za tym podążał równie ciężki bagaż kompleksów. Kiedyś powiedziałem basta i od tamtej pory tego się trzymam, choć nie zawsze z fantastycznym skutkiem.

Żyję zdrowo, a raczej rozsądnie. Nie odmawiam sobie, ale to co nabieram z równą determinacją zrzucam. Bilans musi się zgadzać.

Jestem także pracownikiem firmy, która wymaga ode mnie bym często pojawiał się w różnych częściach kraju. Nie są to może odległości dalekie, wiem że są ludzie jeżdżący więcej, ale i tak 3000km w miesiącu uważam za całkiem przyzwoity wynik.

Nie raz budzę się o 5 rano ledwo widząc cokolwiek na oczy, a jedyna rzeczą, która jest mi w stanie przejść przez gardło oprócz ziewnięcia i ewentualnego „jak mi się kurna nie chce” jest kubek ciepłej i nieprzyzwoicie mocnej kawy. To jest jedyny moment, kiedy o śniadaniu nie ma mowy, bo zwyczajnie mój organizm wtedy nie przyjmuje nic o stałej konsystencji. Jest to jednocześnie jedyny moment, kiedy pozwalam sobie stanąć w trasie na hotdoga z ketchupem i remuladą, obowiązkowo na BP, obowiązkowo w parze ze zwykłą, białą, dużą kawą. Innych zestawów nie jadam. Nie jadam też go częściej. Jest to mój jedyny wyjątek, można powiedzieć nawet, że swego rodzaju tradycja i celebracja.

Czasem w drogę wezmę jakiś owoc, od czasu do czasu kanapkę, często jednak nie mam czasu, by coś przygotować. Jest to dla mnie więc jednoznaczne z tym, że cokolwiek normalnego zjem dopiero jak wrócę do domu po kilku godzinach pustego, pod koniec burczącego żołądka. Bo w trasie inaczej się nie da.

Jeszcze jakieś 10/15 lat temu przy drogach można było spotkać szyldy barów i restauracji zapraszających na takie rarytasy polskiej kuchni jak smażonka, kiełbasa z grilla, schabowy z frytkami i surówką, mielony itd. Może nie były to potrawy szczególnie zdrowe, ale nie można im też czegoś specjalnego zarzucić – ot, typowa kuchnia, którą od czasu do czasu człowiek zjada z nieskrywaną przyjemnością, a która z pewnością dodaje sił i nasyca na kilka godzin do przodu.

Nie zauważałem tego póki sam nie zacząłem częściej bywać gdzieś w trasie, ale sukcesywnie, z roku na rok, szyldy te albo zaczęły znikać, albo zaczęły przybierać formę, z której po latach trudno cokolwiek odczytać, a na pewno już trudno im zaufać. Odrapane, wypłowiałe, nieczytelne, tchnące smutkiem szyldy pamietające lata świetności knajp, które reklamowały. Teraz pod podanymi adresami najczęściej nie znajdziemy już nic, ewentualnie mordownie o klejących się podłogach jak z filmów Barei.

Podróżuję głównie autostradami i drogami szybkiego ruchu, których, wbrew pozorom, w Polsce jest coraz więcej – nie pamiętam kiedy ostatnio wykonałem mniej niż 2/3 trasy jadąc drogami ekspresowymi. I choć są one niesamowitym ułatwieniem, to jednak swój minus, w tym powyższym kontekście mają – nie uświadczy się na nich innych gastronomii niż McDonaldy, KFC, Burger Kingi czy bistra należące do stacji benzynowych. Sami zresztą spójrzcie na mapę – czy gdzieś przy trasie znajdzie się jeszcze miejsce, gdzie można zjeść przynajmniej zwyczajny obiad? Wątpię. A z pewnością tego typu miejsc jest coraz mniej.

Chcesz jeść zdrowo będąc w trasie? Licz na siebie, bo niczego innego jak fast food nie uświadczysz

Nie mamy więc specjalnie wyboru. Oczywiście są tacy, którzy dzień wcześniej spędzają po dwie godziny wieczorem pakując przygotowane jedzenie do opakowań oznaczonych innym kolorem na każdą porę dnia, niezależnie od tego, jakie plany mają na dzień następny. I chwała im za to. Naprawdę, podziwiam upór tych ludzi, bo sam nie raz próbowałem tak funkcjonować i niewiele z tego wychodziło. To prawda, że dieta wymaga najwięcej wysiłku w dążeniu do fajnego ciała.

Są też jednak takie osoby, jak na przykład ja, które po prostu chcą być zdrowe. Które chcą się dobrze odżywiać, nie wrzucać w siebie setek pustych kalorii, które za kółkiem multiplikują obwód w pasie dwa razy szybciej. Są osoby, które nie mają czasu ślęczeć w kuchni godzinami nad dopasowywaniem składników i liczeniem pierwiastków z tablicy Mendelejewa wymaganych przez nasz organizm, bo muszą na następny dzień przygotować materiały na spotkanie lub przynajmniej się wyspać przed podróżą, a jednak również nie chcą wstydzić się tego, co widzą codziennie w lustrze.

Oczywiście – z trasy można zjechać, zjeść gdzieś. Ale każdy, kto choć kilka razy musiał odbyć podróż w sprawach służbowych wie, że to nie jest takie proste, często brakuje na to czasu. A czasem, tak zwyczajnie, prozaicznie – chce się jak najszybciej wrócić do domu, zamiast kolejną godzinę podróży spędzać w restauracji.

Dla takich osób tak naprawdę nie ma wyboru – My wszyscy niestety jesteśmy skazani na fast food. Innego wyboru nam nie pozostawiono.